You need chaos in your soul to give birth to a dancing star.
czwartek, 19 kwietnia 2012
Najważniejsze
Kupiłam sobie ostatnio książkę pt. "Uważność. Trening pokonywania codziennych trudności" autorstwa Ronalda Siegla, po czym schowałam ją pod poduszkę udając, że wcale jej nie kupiłam. Dzisiaj jednak wyjęłam ją spod poduszki (kociej poduszki leżącej na moim biurku) i zaczęłam czytać. Autor pisze lekko, ma nieco dystansu do siebie, więc czyta się świetnie. W pewnym momencie opisuje ćwiczenie medytacyjne (proste skupienie się na oddechu przez 20 min., czyli droga przez mękę), po czym pisze, że jak masz, drogi czytelniku, czas, to odłóż książkę, usiądź i pomedytuj. Miałam czas, więc wygrzebałam się spod kołdry i usiadłam.

Wcześniej jednak poszłam do łazienki i uczesałam się w warkocz.  Nie wiem czemu, ale uznałam, że najważniejsze w medytacji jest posiadanie schludnego warkocza. Dawno nie miałam takiego ubawu z samej siebie.
piątek, 24 lutego 2012
Coraz częściej sięgam po mapy i planuję szlaki na ten rok. Google pewnie się znudziło już mną wpisującą w pasek wyszukiwania "Gorgany" średnio raz na dwa dni.

Potrzeba zmiany miejsca pobytu staje się chwilami nie do zniesienia.

Koty żądają otworzenia balkonu i nawet na niego wychodzą.

Musi wiosna idzie. Do Równonocy niecały miesiąc przecież. Wytrzymam.
sobota, 04 lutego 2012
Ulało się (znowu)
Uwaga: w notce używane są słowa powszechni uważane za obelżywe. Dzieciarnia i ludzie nieprzyzwyczajeni naciskają krzyżyk przy karcie przeglądarkowej. Dziękuję.
piątek, 03 lutego 2012
Wyłazi z nas
Zainspirowana przednią (a czasem tylną) dyskusją na blipie odnośnie golenia i nie golenia nóg przez kobiety, postanowiłam sobie ulać na blogu. A ulewać mi się będzie, gdyż wyłazi z nas, kobiet (rzadziej mężczyzn, choć też się zdarza) ta okropna maniera pt. Wiem Lepiej.
Zawsze, w każdej sytuacji, niezależnie od tego, jak cywilizowanie usiłujemy się zachować, prędzej czy później wyjdzie z nas ta okropna persona, która chce mówić innym (kobietom zwykle), jak żyć, co robić, żeby żyć lepiej/wspanialej/wartościowiej/a najlepiej tak jak my żyjemy. Te wszystkie dobre rady, te szepty po kątach (lub na kłódeczce :->), że "oni się strasznie szybko pobrali", że "ona nim gardzi, to widać" i to samozadowolenie, że my wiemy lepiej i że Oni są szemrani i podejrzani i że (wiemy to na pewno!) ta para się rozejdzie, bo przecież to widać w internetsach. No i golić trzeba te nieszczęsne kulasy, gdyż bez tego to pomór, zło, gomora i inne takie, a facet to na taką z nieogolonymi nogami nie spojrzy, bo się brzydził będzie.

Tyle, że wcale nie.

Nie wiemy, jak będzie wyglądało i wygląda naprawdę małżeństwo ludzi znanych po nickach w Internecie. Nie wiemy, czy dla tej akurat znajomej lepiej będzie, że zacznie ćwiczyć jogę, tańczyć, czy jeździć wyczynowo na rowerze. A już na pewno nie możemy powiedzieć, czy mężczyźni tak naprawdę lubią czy nie znoszą ogolonych i gładziutkich jako ten jedwab z reklamy nóg damskich. Nie mamy prawa mówić ludziom, co mają robić, jak mają robić, bo w większości przypadków ich nie znamy, nie znamy wszystkich faktów, bądź narażamy się na groteskę (cześć, Nailini!). No to więc czemu to robimy? Gdyż jesteśmy pieruńsko niepewne siebie. Niepewne tego, czy nasze decyzje są słuszne, wartościowe i w ostatecznym rachunku prawidłowe, więc zamiast to przemyśleć, rzucamy się na inne niewinne jednostki, by urobić je na naszą modłę - bo im więcej będzie ludzi podobnych do nas, tym większą będziemy mieli pewność, że mamy rację. W kupie raźniej, podobno.

Więc - to świetnie, że masz pasję, że znasz się na tylu rzeczach, że czujesz, że Twoje życie jest cudowne, wspaniałe i och-ach. Ale, na litość bogów, nie wmawiaj innym, że odkryłeś tajemnice Wszechświata i że MUSZĄ za Tobą podążyć, gdyż inaczej będzie lipa. Nie. Daj ludziom wykombinować własną drogę, a rady dawaj tylko, gdy ktoś cię o to poprosi. I nie bądź taki cholernie entuzjastyczny i kategoryczny w osądach, bo tylko narażasz się na śmieszność i szukanie przez rozmówcę najbliższej drogi ucieczki.



DISCLAIMER
Autorka wie, że cała ta notka może zostać odczytana jako próba urobienia ludzi na moją modłę pt. nie urabiaj ludzi na swoją modłę. Tak ma być. Pun intended,.
14:05, asta-rael
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 maja 2011
Zatokenowani
Odkąd przestałam aktywnie uczestniczyć w życiu uczelnianym (a stało się to prawie równo dwa lata temu), zmniejszyła mi się znacznie liczba znajomych - używam tu tego słowa w jego "starej" wersji, wtedy kiedy oznaczało kolegów/koleżanki, z którymi się spotykam, rozmawiam, wymieniam poglądami lub śmieję się.

Zadokowana w domu, najpierw zmagając się z depresją, potem z kilkoma mniejszymi lub większymi kryzysami, odcięłam się po kolei od większości ludzi, których lubiłam, szanowałam czy których pokochałam. Wiem, że dla większości tych relacji nie ma już ratunku, głównie dlatego, że wstyd nie daje mi się przełamać, by do nich znowu wyjść. Ale nadal mam nadzieję. W moim przypadku symbolami nadziei się zwykle pożyczone książki. Są tokenami, które trzymam uparcie przy sobie, wiedząc, że w końcu trzeba będzie je oddać, a co za tym idzie spotkać się, być może poznać się ponownie, być może odnowić znajomość. Jest to też jeden z powodów, dla którego mam politykę "otwartej biblioteczki" - jak przyjdziesz do mnie, prawie na pewno wyjdziesz z książką, wciśniętą Ci siłą lub którą sam wypatrzyłeś na półce i zakrzyknąłeś z uciechą, że chciałbyś przeczytać. Zostaniesz zatokenowany, mój drogi znajomy i tak łatwo mi teraz nie uciekniesz.

Dlatego dzisiaj jestem smutna. Dzisiaj spotkałam się ze znajomym, z osobą, która mogłaby być moim przyjacielem i wymieniliśmy się książkami. On oddał mi moje, ja mu oddałam jego. I teraz bardzo się boję, że znajomość umrze śmiercią naturalną. Straciłam moje tokeny.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24

PustaMiska - akcja charytatywna

CURRENT MOON

statystyka