You need chaos in your soul to give birth to a dancing star.
piątek, 20 maja 2011
Zatokenowani
Odkąd przestałam aktywnie uczestniczyć w życiu uczelnianym (a stało się to prawie równo dwa lata temu), zmniejszyła mi się znacznie liczba znajomych - używam tu tego słowa w jego "starej" wersji, wtedy kiedy oznaczało kolegów/koleżanki, z którymi się spotykam, rozmawiam, wymieniam poglądami lub śmieję się.

Zadokowana w domu, najpierw zmagając się z depresją, potem z kilkoma mniejszymi lub większymi kryzysami, odcięłam się po kolei od większości ludzi, których lubiłam, szanowałam czy których pokochałam. Wiem, że dla większości tych relacji nie ma już ratunku, głównie dlatego, że wstyd nie daje mi się przełamać, by do nich znowu wyjść. Ale nadal mam nadzieję. W moim przypadku symbolami nadziei się zwykle pożyczone książki. Są tokenami, które trzymam uparcie przy sobie, wiedząc, że w końcu trzeba będzie je oddać, a co za tym idzie spotkać się, być może poznać się ponownie, być może odnowić znajomość. Jest to też jeden z powodów, dla którego mam politykę "otwartej biblioteczki" - jak przyjdziesz do mnie, prawie na pewno wyjdziesz z książką, wciśniętą Ci siłą lub którą sam wypatrzyłeś na półce i zakrzyknąłeś z uciechą, że chciałbyś przeczytać. Zostaniesz zatokenowany, mój drogi znajomy i tak łatwo mi teraz nie uciekniesz.

Dlatego dzisiaj jestem smutna. Dzisiaj spotkałam się ze znajomym, z osobą, która mogłaby być moim przyjacielem i wymieniliśmy się książkami. On oddał mi moje, ja mu oddałam jego. I teraz bardzo się boję, że znajomość umrze śmiercią naturalną. Straciłam moje tokeny.
niedziela, 08 maja 2011
Żałość
Uwaga: w notce są używane słowa powszechnie uważane za obelżywe.
wtorek, 26 kwietnia 2011
Dialogując
Mam zasadę, że dyskusje z osobami o kompletnie różnym od mojego światopoglądzie są dobrym ćwiczeniem dla umysłu. Nie jest celem owych dyskusji przekonanie adwersarza do swoich racji - to niemożliwe, gdy na przykład dyskutuje poganin z katolikiem albo liberał z konserwatystą. Celem może być za to chwilowe wyjście poza własną "comfort zone" i przestawienie neuronów na inną refleksję niż już ta zinternalizowana. Dotyczy to obu stron dyskusji i może być wartościowe.

Jest jednak jedna rzecz, której wymagam od osoby, z którą dyskutuję i ogólnie którą wymagam od ludzi w moim otoczeniu, jeśli chcą się w owym otoczeniu znajdować dalej. A jest to szacunek. Szacunek do moich poglądów, do mnie jako człowieka. I gdy widzę maila, który jest reakcją na mój wkurw (uprawniony, bo zostałam obrażona) i odfriendowanie pewnego osobnika i w założeniu ma być to mail przeprosinowy i w jakiś sposób wyjaśniający. Patrzę na tego maila, na jego nagłówek i mną trzęsie. Po ponad miesiącu, trzęsie mną okropnie. Bo w jaki sposób mam dyskutować z osobą, która szacunek do mnie i co moich poglądów wyraża w zdaniu "Oj, oj, Olu:)"? To nie jest szacunek. To nie jest sympatia. To próba sprowadzenia mnie do poziomu sfochanego przedszkolaka, który obraża się niewiadomooco. I w ten prosty sposób dialog został zerwany.

PS Poziomki zaczęły kiełkować :-)

PS2 Dla zainteresowanych analizą wypowiedzi pod kątem ukrytych nurtów dominacyjnych polecam "Retorykę dominacji" Jacka Wasilewskiego. Czasami myślę, że życie byłoby prostsze, gdybym nie przeczytała i przyswoiła tej pozycji.
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Zieloność
Dziwny czas, dziwny. Odzwyczaiłam się. Od tego skupienia, które powoduje, że człowiek idzie i robi. Po prostu, bez zbędnego myślenia, bez postawy "przepraszam, że żyję", bez (za wielkiego) poczucia winy. Idę i robię.

W ciągu tygodnia:
- poszłam do dziekanatu, gdzie uzyskałam kartę egzaminacyjną i podklejkę na legitymacji - wybierałam się tam od października;
- poszłam do okulisty i mam okulary do dali - na rower, do kina, teatru, takie tam;
- byłam u fryzjera;
- byłam i Ikei i zaczęłam projektować kuchnię na wieś (przy okazji nabyłam płaszczyk wiosenny).

I nie mam dość. Teraz zawładnęła mną myśl o uzielenieniu balkonu (bo mamy balkon! duży!) i obsesyjnie przeglądam strony, książki i katalogi z kwiatami i wszystkim, co naokoło. I teraz sama nie wiem - przejdzie mi? Czy jednak coś się obudziło z wiosenną zielonością i będzie się rozwijało i kwitło dalej?

Dzisiaj wysadziłam nasiona poziomki.
wtorek, 12 kwietnia 2011
Motyle
Od jakiegoś czasu nie doświadczyłam (a może nie pozwoliłam sobie na odczucie) entuzjazmu. Wiecie, takiego, jaki odczuwa dziecko przed urodzinami lub świętami. Który nie daje usiedzieć w miejscu, który skutkuje motylami w brzuchu i chęcią pobiegania wokół bloku, bo przecież energia skumulowana gdzieś w środku musi się uwolnić.

Dzisiaj po raz pierwszy od lat (!) taki entuzjazm mnie napadł. Niby nic się nie zdarzyło, niby pomysł nie jest jakoś specjalnie oryginalny, ani przesadnie ambitny, ale jest. Budzi w brzuchu motyle, nogi przebierają, palce muszą wystukać te parę słów na klawiaturze, bo przecież inaczej eksploduję.

Chcę pójść w Bieszczady. Nie pojechać. Pójść. Pieszo z Łodzi do Wetliny, 430 km, koło 9-10 dni marszu. Sama, z namiotem, plecakiem, przez lasy, koło zalewów, przez Góry Świętokrzyskie, i dalej, dalej, dalej, do Wetliny. Nie mam lekkiego namiotu, nie mam pieniędzy na powrót (bo jednak nie sądzę, bym pieszo miała wracać), nie mam pieniędzy na trasę. Detale, detale. Wszystko się da, a ja pójdę na południe. Prawda?
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23

PustaMiska - akcja charytatywna

CURRENT MOON

statystyka